tCopyright 2010 © by MudDoctors,
all rights reserved
KONTAKT
RADA
O NAS
PRZYJACIELE
GALLERIA
Pewnego razu miałem dość jeżdżenia wokół trzepaka Samuraiem i postanowiłem wybrać się na rajd, na początek turystyczny. Pomysł padł na Rajd Maramuresz 2008, dlatego, że organizował go mój mechanik od Land Rover, i że koledzy jechali, i że ładnie,   i że fajnie, i tak super.
Edycja jesienna,  w październiku, początkiem. Miało być kolorowo, słoneczko, piękne widoki... A było to tak. Pierwszego dnia faktycznie jak w planach, widoczki, złota jesień, a w nocy ulewa, nie chciało się nam okopać namiotu, więc nauczyliśmy się pływać po ciemku, na karimatach, w śpiworkach i dresikach. Żeby było weselej rano tez padało, mgły i chmury, mokro. Od tamtej pory korzystaliśmy z gościnności pensjonatów (super ciepło i sucho). Pewni swego, i tego, że nic gorszego stać się nie może, ruszyliśmy w kierunku przełęczy Urdele. Ku naszemu zaskoczeniu natrafiliśmy na dość srogą zimę. Przełęcz na wysokości 2145m okazała się nieprzejezdna, zaspy śnieżne spore, tak ze 2 metry, a to wszystko na wąskich dróżkach, wręcz na półkach na przepaściami. Kosztowało mnie to sporo wrażeń. W chwili obecnej oceniam je mocno pozytywnie, ale na przełęczy nie było mi tak wesoło. Na szczęście, w następnych dniach,  dziadek mróz ustąpił i nastała rumuńska złota jesień, wspaniałe widoki, przepiękna sceneria. Na trasie, jak to na nowicjusza, czekało troszkę pułapek, w które nie omieszkałem wpaść. Połamane drzewa, kamienie, błoto, trawersy. Mocno zaprzyjaźniłem się z wyciągarką i siekierą. Gdyby nie pomoc kolegów, pewnie dalej bym w tej Rumunii siedział, gdzieś w górach.
Rajd wspaniały, dużo ciekawych i pięknych widoków, czasem egzotycznych, nieco trudniejszych technicznie, przy złej pogodzie wręcz przeprawowych odcinków tras. Po prostu super! 10 dni wspaniałej zabawy i odpoczynku na łonie natury.
                                                                                                                                                                                                                                                                                                      
tekst i foto:  BIGOS