tCopyright 2010 © by MudDoctors,
all rights reserved
KONTAKT
RADA
O NAS
PRZYJACIELE
GALLERIA
Wyjechaliśmy z domów 18 czerwca 2010 r.
Wampir z Agą i ja w Patrolach Safari, zjechaliśmy się na stacji w Gnieźnie. Po drodze spotkaliśmy się z naszym kolegą organizatorem wyprawy Łukim i jego synem. Po drodze odwiedziliśmy Grudziądz i przez przypadek spotkaliśmy na krzyżówce mojego serdecznego przyjaciela Piotra. Po wymianie uścisków dłoni i życzeniach szczęśliwej podróży ruszyliśmy ku celowi dzisiejszego dnia - Staremu Folwarkowi - miejscowości z kampingiem - będącym umówionym miejscem spotkania z kolejnymi uczestnikami wyprawy. Wieczorem mieli dojechać inni. O ile pamiętam Pała z Rudą, Kudłaty i jego towarzyszka oraz Raffi z ekipą - Czujem i jego synem.
Cały 19 czerwca miał być dniem oczekiwania na pozostałych uczestników wyprawy. Ja jak to ja - z mrówkami w tyłku, wynalazłem , że na ten dzień koło PTTK z Suwałk organizuje wycieczkę jednodniową autokarem do Wilna. Problem w tym ,że spotkanie na przystanku było o 5.00. Wampir z Aga kręcili nosami, ale w końcu ulegli. Łukasz pozostał na kampingu i oczekiwał na innych (leń znaczy... ) Pojechaliśmy za 85 PLN/osobę autokarem do Wilna. Po drodze mieliśmy energiczną babcię za przewodniczkę , która dziarsko kierowała wycieczką i przekazała nas Polonusce Wileńskiej oprowadzającej nas później po mieście. Ostatni raz Wilno widziałem jakieś 30 lat temu. No nie powiem , zmieniło się. Nie ma co opisywać, bo każdy musi tam pojechać i to obejrzeć. Niedaleko ostrej bramy cerkiew , nie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu katolickiemu miejscu pielgrzymek i vice versa. Miasto zadbane. Europejskie, choć jak się potem okazało to nie to co Petersburg. Matka i serce syna, to także punkt do którego każdy Polak choć raz trafić powinien.
Po zwiedzeniu w deszczu Trok i obżarciu się litewskimi przysmakami, trafiliśmy do autobusu powrotnego do Suwałk. Wieczorem dojechaliśmy do Starego Folwarku i tę noc spędziliśmy w motelu, jak się potem okazało oazy luksusu jakiej nie było nam zaznać przez następne co najmniej 2 tygodnie. Po śniadanku zapakowaliśmy się w auta i ruszyliśmy w kierunku kampingu na spotkanie z pozostałymi, by po utworzeniu konduktu wyruszyć w kierunku granicy rosyjskiej. Przejechaliśmy ok. 500 km by stanąć w niedługiej kolejeczce czekającej na wjazd. Do granicy było jakieś 300 m. W międzyczasie wojna z Litwinami i Łotyszami o miejsce w kolejce. Później już wiedzieliśmy dlaczego tak się pchali. Tutaj też i po drodze dojechali nasi kolejni uczestnicy- Warszawska ekipa Patrola , Pomorski PatrolekY61 z niesamowicie sympatycznym Belmondo i jego małżonką oraz Toyota LR.
Staliśmy czekając na wjazd do upragnionej Rasiji ... ok. 9 godzin.
[Cenzura] ... - już tu musieli nam pokazać ,że jak chcesz od nich czegokolwiek to musisz błagalnie stać i prosić. A my kretyni myśleliśmy ,że czekanie 2 miesiące na wizę , to był szczyt ignoranctwa.
Nic to...Wjechaliśmy. Umorusani, wymęczeni, ale mimo tego szczęśliwi. W motelu na granicy wynajmowaliśmy łazienkę w pokoju na godziny, żeby móc się wykąpać. To taki tutejszy folklor hehe. Jeśli ktoś wpadłby na pomysł aby wymienić ludzkie pieniądze na ruble - nie ma na granicy kantoru - ups... . Pozostaje jedynie w motelu bankomat i ... na czarno sklepik spożywczy z dziadowskim kursem. Po ogarnięciu się , zjedzeniu na parkingu śniadanka ruszamy w Rosję ...
...no tak , ruszamy , ale...
Okazuje się ,że szlaban jaki napotykamy, jest szlabanem nie tyle wypuszczającym nas ze strefy przygranicznej , co wjazdem na płatną drogę ( z opłatą środowiskową czy coś w tym stylu ). I nie ,żeby ktoś sobie myślał, że płatna droga jest czteropasmową szeroką autostradą. O nie. To podziurawiona drożyna miejscami wyglądająca jak podrzędna dróżka z Koziej Wólki do Wąchocka ( nie obrażając tych zacnych polskich mieścin).
Kolejne zaskoczenie, to to, że nie dostajesz, zostawiając kilkadziesiąt rubli kwitka. Tu jest prawdziwy kwit wielkości chyba A4 z pieczątkami , podpisami itp.
Folklor ...
Pajechali.
Jedziemy w kierunku Petersburga. Musimy poszukać noclegu
Trafiliśmy na drogę dającą nam poczucie wyprawy off roadowej. Kilka kilometrów w las. Błoto, kałuże i wszędzie rozlewiska. Drogi widać ,że usypywane na sztucznie powstałych wałach wśród rozlewisk. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do czegoś co wydało nam się miejscem godowym motyli , niesamowite. Chcieliśmy tu zostać , ale było tu wyjątkowo brak jakiejkolwiek polany. Tylko bagna.
Cofnęliśmy się umorusanymi autami i w najbliższej miejscowości postanowiliśmy poszukać jakiejś myjni, by opłukać pojazdy. Wszak jutro mamy wjechać do Petersburga, a sławetni rosyjscy policaje jak nic będą chcieli jakiś bakszysz za dopuszczenie nas do ruchu brudnymi samochodami .
Znaleźliśmy myjkę. Dogadaliśmy cenę i po kolei myliśmy auta.
Właściciel okazał się być off roaderem i przy okazji wskazał nam miejsce gdzie możemy sobie przenocować.
Nocleg był na polance niedaleko głównej drogi, jednak w miejscu osłoniętym drzewami , gdzie nikt do rana nam nie przeszkadzał.
Wieczorek był oczywiście dalej zapoznawczy. Troszkę alkoholu, ale tak z umiarem. Rano wszak Petersburg.
O świcie pobudka, zwijanie pojazdów i namiotów.
Dojechaliśmy do Petersburga. Inny świat. Piękne monumentalne miasto. To po prostu trzeba zobaczyć. Wszechobecna komercja . Nawet studentki - całkiem milutkie , za 100 rubli zrobią z Tobą rozwodowe zdjątko.
A co mi tam - mam fotkę na zapas.
W tym wszystkim widzieliśmy też pochód ku czci Lenina, taki ze sztandarami jak na 1 maja.
Oczywiście chcieliśmy zobaczyć Aurorę. Niestety czasu mało a i nie do końca było wiadomo jak do niej dotrzeć. Statki wycieczkowe pływają po kilka godzin rejsowych a my mamy tylko 30 minut. No więc odezwał się w nas duch słowiański. Pagawarilim z jednym z kapitanów małych stateczków i za niewygórowaną opłatą w kilka osób zostaliśmy szybko dowiezieni do Aurory, po czym odstawieni na przeciwnym brzegu rzeki, - oczywiście w miejscu gdzie nie wolno podpływać łodziom i wysadzeni jak najbliżej się dało parkingu na którym czekały nasze auta.
Godzina umówionego spotkania była blisko. Nasz wódz musiał być za 15 minut na parkingu a piechotą została nam jakaś godzina drogi. Postanowiliśmy zrobić zrzutę na taksę. Puściliśmy naszego szeryfa za umówioną z taksówkarzem kwotę , aby dotarł na czas do pozostałych uczestników wycieczki, za to my wybraliśmy się na poszukiwanie metra.
Rewelacja. Postanowiłem zrobić kilka fotek w metrze i wówczas to życzliwy autochton zwrócił mi po cichu uwagę ,że tu nie nada diełać zdjęć, bo policja może mi skonfiskować aparat.
Szkoda ,że nie powiedział mi tego 5 minut wcześniej jak 2 metry od tamtejszych policjantek robiłem sobie fotki wszystkiego co mi wpadło w oko, hehe.
W końcu dotarliśmy do aut i jako ,że inni już pojechali , wsiedliśmy do aut by ich gonić.
Ponieważ miałem tracki, więc wiedzieliśmy jak jechać, po jakimś czasie dogoniliśmy pozostałych. Nocleg był w lesie - normalka.
Tego dnia przejechaliśmy ok. 400 km
Rano wyruszyliśmy na północ brzegiem Ładogi. Po drodze obejrzeliśmy pięknie położoną na wyspie cerkiew
????????? .
Dojechaliśmy do miasta portowego nad Ładogą. Etap miał jakieś 250 km.
Na miejscu w sklepie spożywczym okazało się ,że najdroższa w Rosji jest żywność, a już w ogóle świeże owoce. Trudno, przyjęliśmy zasadę ,że będziemy jeść to co zabraliśmy z Polski, bo zamysł był jechać po taniości. W rozmowie z Panią sklepową dowiedzieliśmy się ,że wodoloty z przystani pływają do położonych o kilkadziesiąt kilometrów monastyrów i jest to wyjątkowe miejsce odwiedzane przez prezydentów z innych państw. Żyłka globtroterów nie pozwoliła nam przeoczyć tej informacji. Popytaliśmy co to za miejsce. Zaproponowaliśmy pozostałym aby popłynąć po jeziorze , wszakże każdy chciał zerknąć na wielką Ładogę. Niestety Tylko załogi Wampira i Pały wraz ze mną chciały się wybrać. Mieliśmy namiary noclegu , więc po odłączeniu się od pozostałych pojechaliśmy na przystań.
Niestety okazało się ,że mamy za mało czasu by zobaczyć monastyry i skorzystać z wycieczki po Ładodze. Poza tym wodoloty już dziś nie kursują. Pogoda była prześliczna i udało nam się znaleźć prywatnego (!) przewoźnika z małą łodzią motorową, który za 2000 rubli (czyli jakieś 200 PLN) obiecał nam pokazać łutszyje miesta na ozierie.
Jak powiedział tak się stało . Kilkusetkonne silniki w małej motorówce spowodowały ,że czuliśmy się jak na Florydzie. Po prostu super. Widzieliśmy miejsca gdzie dopływają tylko bogaci Rosjanie, by sobie postrzelać z broni lub na piknik z rodziną, widzieliśmy tamtejsze bobropodobne a-cośtam oraz piękną faunę. Wiele też było bogatych dacz tamtejszych naczialników itp.
Po dopłynięciu po 2 godzinach na przystań wsiedliśmy w auta i pojechaliśmy na poszukiwanie naszych pobratymców. Okazało się ,że oni kawałek dalej zatrzymali się na kąpiel i dokonanie pierwszych napraw w samochodach.
Wampir nie wytrzymał i poszedł w „ładogę” - było mu tam trudno wejść oraz trudno wyjść. Wszystko uwiecznione jest na filmie.
Wjechaliśmy jednym słowem w Karelię. Piękne rejony , drogi off roadowe , mimo tego terenowe nivy stanowiły mniejszość, a po szutrach było widać jeżdżące głównie żiguli i łady.
Miedwieżegorsk , Kandalaksza, Morze Białe. Kolejne etapy trwały 3 dni a pokonaliśmy wtedy ok. 1000 km.
Po drodze widzieliśmy wsie małe tak ,że u nas już takich chyba nie ma. W niektórych nie ma prądu, choć prawie wszędzie widać było ludzi z komórkami przy uchu.
W jednej z takich wsi, naszemu pechowemu Kudłatkowi pękł panchard - bylejakowato heftnięty przez jego jednego z wielu papudraczych mechaników. Wtedy w jednej z wiosek dowiedzieliśmy się ,że najbliższy warsztat we wsi z prądem jest 25 km dalej. Cóż , po malutku doczłapaliśmy się tam. Wampir i Łukasz pojechali szukać warsztatu. Ja w tym czasie wyruszyłem na poszukiwanie dzieci. Ponieważ zabrałem z Polski torbę z zabawkami z McDonalda i cukierkami , musiałem znaleźć gawiedź by nieść im dobrą nowinę. W końcu zauważyłem trzy dziewczynki na rowerach. Dziewczynki małe, rowery ogromne, znaczy bieda. Podjechałem do nich i zaproponowałem czy nie chcą zabawek, Miś, żyrafa, Kung Fu Panda... Nic, nie chciały, podziękowały, ale nie wzięly. Atak na babcię z trojgiem wnucząt też nie dał rezultatu. Wszyscy bali się antybolszewickiej propagandy? Może tu uczą ,że z zapada to tylko zło mogą przynieść. Nie wzięli.
Tym czasem Wampir podjechał do jakiejś bazy transportowej gdzie wyszedł do niego najeżony ochroniarz i zarządał paszportu.
On pyta „za cziem ? ” , a ochroniarz na to ,że tu wszystkich kontrolują bo to strefa przygraniczna. Pytał dlaczego zjechali z drogi?? Kiedy usłyszał ,że szukają spawacza , oddał paszporty i poszedł do budki. Po chwili przyszedł inny Rosjanin o twarzy zakapiora i pyta czy nie potrzebują paliwa. Wampir mu na to :” A ZA ILE??”
Na co rozmówca : „ nie za ile tylko , czy potrzebujecie ?”
Chłopaki mówią ,że mogą wziąć po 50 litrów na auto. Wpuścili ich zatem na teren bazy i kazali podjechać do cysterny. Zatankowali im do pełna, weszło każdemu po ok. 40 litrów. Kiedy chłopaki pytają „ILE??” Rusek mówi : „ a spasiba skażesz” ....
I dali za 80 litrów paliwa 2 polskie żywce w puszce.... Wot filozofia.....
Znaleźliśmy dom z żółtym żiguli na drodze . Warsztat - dumna nazwa kanciapy. Spawarka hmmm, z akumulatora można zrobić lepszą. Ale obspawał i skasował śmieszną kwotę. Żoną owego mechanika, okazała się być dziewczyna o polskim pochodzeniu. Przyszła z córcią i przywitała się. Po skończonej robocie córeczka nie odmówiła zabawek wiezionych z Polski, a ja usłyszałem najpiękniejsze na tym wyjeździe :” Spasiba”....
Wampir ganiał w tym czasie kozy.
Pojechaliśmy dalej. Droga off roadowa, widoki niezłe, Kudłaty zaliczył rozwałkę opony i rozwalił ponownie panharda. Hehe - cóż byśmy bez niego zrobili ?
Dojechaliśmy nad Morze Białe. A co robi Wampir ?? Zwiedza przybrzeże. Wówczas to dowiedział się ,że do słonej wody nie wjeżdża się autem i nie penetruje się morza bez zapiętych sprzęgiełek.
Do końca wyjazdu działy się różne cuda z jego Patrolem, ale dzielnie dojechał końca wyprawy.
Po drodze były noclegi w których najbardziej w nocy przeszkadzały nam komary - jak powiedział nam napotkany na stacji tawariszcz : „ U nas komary kak pticy , kak on w rukie to z góry gaława a nogi pod rukoj...”
Nad ranem latały zaś gzy - prawie takie jak u nas, ale wielkości szerszenia. W zasadzie na visus trudno je było od szerszenia odróżnić Dwa takie mnie up... liły - ale .... przeżyłem.
Trafiliśmy w końcu do Kirowska. W okolicy Apatity i kopalni apatytów. Tam też widzieliśmy ogromne Biełazy, choć ponoć nie były to największe jakie tam pracują.
Na parkingu przed sklepem , byliśmy nagabywani przez właściciela firmy organizującej wyjazdy off roadowe, aby skusić się na wyjazd z nim w góry. Po kilkunastu minutach spasował, ale pokazał nam trasy off roadowe na mapie. Pokazał nam także gdzie znajduje się baza noclegowa w górach , gdzie można przenocować i skorzystać z bani. Dojeżdżało się tam rzeką - tak. ! . Jechaliśmy rzeką , a żeby było śmieszniej to po drodze (w czerwcu) pobawiliśmy się w śniegu), wot i folklor....
Dojechaliśmy do bazy, która okazało się ,że składa się z kilku drewnianych zabudowań. Udostępniono nam za symboliczną kwotę - połowę jednego z baraków, zaopatrzonego w drewniane prycze i obiecano napalić w bani (ruskiej łaźni).
Wszyscy - kobiety , mężczyźni i dzieci , spaliśmy w jednej izbie. Wspólne gotowanie , jedzenie i picie( wódka oczywiście na pierwszym miejscu). Narąbani jak meserszmity, szliśmy w 4-osobowych grupkach do bani. Tam, rozebrani jak nas Pan Bucek stworzył wchodziliśmy najpierw do pomieszczenia do mycia , potem do cholernie gorącej sauny, by po kilku minutach wyjść i wskoczyć do lodowatego potoku.
Po tej operacji każdy mimo wypicia kilkuset gram wódki mógł na trzeźwo przystąpić do ponownego się upijania...
Do 5 nad ranem graliśmy w mafię.
Rano pobudka . Przed nami miał być jak określił to znajomy z parkingu „ Tiażiołyj off road” .... i był
Po całym dniu jazdy napotykając na drodze jeziora , w których szedłem po pas w woderach przez kilkaset metrów w poszukiwaniu drogi, po błotnistych i kamienistych drogach, po przejechaniu na oślep rzek i kilkusetmetrowych kałuż zrobiliśmy 20 km !!!. Dzień zakończył się o 4 nad ranem kilkugodzinnym przedarciem przez bagno- tylko na wyciągarkach. Spaliśmy tam , gdzie niedźwiedzie chodzą się wysikać, a mosty już dawno przestały być używane. Oczywiście był dzień polarny- i na całej wyprawie nie mieliśmy nocy
Drogi zamierzonej (145 km) nie przejechaliśmy- zrobiliśmy z niej może 1/3 , ale i tak było warto. Wróciliśmy do apatytów i ruszyliśmy za koło podbiegunowe.
W końcu po przejechaniu magicznego kręgu, Dojechaliśmy do Murmańska
Tam przekonaliśmy się o biurokracji Wielikiej Rasiji. Chcąc przespać się w hotelu należy mieć tzw. Registrowkę (w ciągu 3 dni od wjazdu do Rosji trzeba zgłosić się na komisariat lub pocztę w miejscu gdzie się przebywa, a my nie byliśmy w jednym miejscu i nie zgłosiliśmy się nigdzie). My jej nie mieliśmy i nawet w hotelu o jednoznacznej nazwie „69” noclegu nie znaleźliśmy. Nocleg na parkingu przy miejskim basenie musiał nam wystarczyć. Rano szukaliśmy ponownie spawacza , bo w obu patrolach z wysokim dachem popękały mocowania bagażników. W tym też czasie pozostali załatwili sobie zakup kawioru z Murmańskiej fabryki po 10 EUR za puszkę. Jak się okazało w Norwegii ten sam kawior był po jedyne 145 EUR za puszeczkę (!!!)
Po naprawach ruszyliśmy na poszukiwanie tajnej bazy okrętów o napędzie atomowym. Niestety napotkani lokalesi wydawali się szczerzy twierdząc ,że nawet oni nie wiedzą gdzie można znaleźć tę bazę. Pomnik Aloszy musiał nam ją zastąpić.
Niechętnie , ale ruszyliśmy w kierunku granicy z Norwegią.
Po drodze ostatnia „atrakcja” - miasto Nikiel. Najsmutniejsze miejsce na ziemi. COŚ co myśleliśmy ,że jest wielkim śmietniskiem okazało się przedmieściami tegoż miasta. Na miejscu znaleźliśmy stację paliw z licznikiem zegarowym. Nie wspomnę już o tym jak w wielu miejscach wyglądały w Rosji stacje. Szyby pancerne i szuflady póltorametrowej długości do podawania pieniędzy kasjerce. Paliwa poza stacjami typu statoil nie kupisz zanim nie zapłacisz z góry. A jak zapłacisz za dużo to kasy Ci nie zwrócą, hehe.
Przejeżdżające koparki przymusiliśmy do zrobienia z nami pamiątkowych zdjęć, a sympatycznego kierowcę nagrodziłem zabranym z Polski pamiątkowym scyzorykiem Victorinoxa.
Był wniebowzięty.
Pojechaliśmy w kierunku granicy. Jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się ,że przed granicą jest strefa zamykana bodajże o 23.00 i do której do 9.00 rano nie mogą nas wpuścić. Skierowano nas do niedalekiej bazy żeglarskiej nad jeziorem. Wódka lała się do szóstej nad ranem.
O 9.00 byliśmy przy bramie do Specjalnej Zony. Tak na marginesie ten rejon przez Rosjan jest przeznaczony podobno do prowadzenia w razie konieczności działań wojennych , więc co kawałek albo jest baza wojskowa z masą sprzętu , albo pustynne połacie niczego. Wot taki sobie poligon na wypadek jakby Finom czy Norwegom zachciało się wojny z nimi.
Na granicy z Norwegią był jedynie strach, czy nie zarekwirują nam paliwa w kanistrach. Wolno tam wwieźć poza bakiem jedynie 10 litrów, a ja sam na dachu miałem ich 80.
Po zaglądnięciu przez ruskich celników do każdej skrzyni w każdym aucie po ok. godzinie odprawy dojechaliśmy do budek Norwegów. Miła Pani obejrzała paszport i oddała go, po czym powiedziała ,że możemy iść do aut. Za chwilę zapałętał się jakiś celnik, który jedynie obejrzał z ciekawości wyprawówki po czym kazał nam jechać. Na moje „oburzenie” ,że nie chcą nas rewidować pani pograniczniczka odpowiedziała „ Schengen...” i uśmiechem przywitała nas w cywilizacji.

O piciu wódki z milicjantami w środku lasu i jeździe pierwszy raz w życiu po pijaku pisać nie będę , podobnie jak o wielu drobiazgach jakie są w mojej pamięci i mam nadzieję ,że na długo pozostaną. Z drugiej zaś strony nie chciałbym nikogo zanudzić. Ale coś co dodam tylko na koniec to to, że jedno jest pewne - do Rosji wrócę...

Dojazd w najdroższym Państwie w Europie do Nordkappu to był już pikuś - wszędzie tylko kasa i ceny zabójcze.
Mnie udało się przejechać całą Norwegię na paliwie z Rosji po 2 PLN za litr a nie po 6,50 (licząc na polskie).
Renifery na drogach to norma, piękne widoki także. Finlandia również piękna np. Rovaniemi, ale Helsinki to chyba jedno z największych zawodów tej wycieczki. Szkoda czasu na „atrakcje” tego nowoczesnego miasta.
Promem popłynęliśmy do Talina na spotkanie z zaznajomionym z naszym kolegą Off roaderem Taiem.
Pomógł on nam naprawić most naszego przodownika i pochwalił się swoim zagonem aut terenowych.
Talin jest wart zobaczenia. Wyśmienita kuchnia w restauracji dopełniła naszego zadowolenia. W Talinie rozjechaliśmy się każdy w innym kierunku. My z Wampirem pojechaliśmy jeszcze na wycieczkę do Rygi i po wyspach Estońskich. Tam był i off road i pływanie z wyspy na wyspę promami.
Zobaczyliśmy cudowne miejsca i wróciliśmy do Polski.
Zachęcam każdego kto tylko nie boi się przygód do odwiedzenia Rosji. W wielu miejscach przypomniałem sobie czasy sprzed 25-30 lat. Rewelacja. Ani razu nie kontrolowała nas policja , ani razu nikt nie chciał łapówki, a legendy o bakszyszach okazały się nieprawdziwe
Zrobiliśmy 8 tysięcy kilometrów.

                                                                                                                                                                                                                                                                                            Tekst i zdjecia: HARLEY