tCopyright 2010 © by MudDoctors,
all rights reserved
KONTAKT
RADA
O NAS
PRZYJACIELE
GALLERIA
Długotrwałe przygotowania w czerwcu bieżącego roku, do rajdu po Podlasiu,  spełzły na niczym. Nie zrażając się brnąłem dalej i w okolicy końca lipca niby była trasa, niby nie było. Z pomocą przyszedł Internet, a w zasadzie Chłopaki z Podlasie 4x4. Dzięki za pomoc. No trasa była już gotowa, fura od mechanika też odebrana tylko jakby  bez zainteresowania ze strony MudDoctorów. Więc posiliłem się kolega „Profesorem” jako pilotem, bo samemu strach i niechęć ruszać w trasę.
No ale my ruszyli z kopyta i w Dęblinie brakło prądu, światełka odmówiły posłuszeństwa. Dziękujemy serdecznie Panu Elektrykowi z Dęblina co nam podrutował bezpieczniki. I tak na wpół ciemno, na w pół na światełkach dotarliśmy do Drohiczyna.
21 sierpnia  w sobotę, skoro świt ruszyliśmy  na trasę. Ekipa z Podlasie 4x4 zapewniła nam śniadanie, koszulki i roadbook, jeszcze raz dzięki Podlasie!
Zaczęliśmy niby typową turystyczną jazdą: Lasy, piaski, rozległe łąki, nieco błota.
Upał i tumany kurzu potęgowały doznania z jazdy w nieznane. Trasa wiodła wzdłuż Linii Mołotowa - takie tam bunkry, większe niż u nas i nie niemieckie.               A jeden nawet wywrócony.
Trafiliśmy do cerkwi na Górę Grabarkę. Potem trzymaliśmy rzekę Bug po prawej ręce zaliczając malownicze widoczki i tarliśmy do Niemirowa, gdzie popływaliśmy promem.
A potem lasami, szutrami piachem dotarliśmy nad granicę państwa, do cerkwi w Koterce.
Z Koterki na niesprawnym GPSie i liczniku kilometrów, bez mapy, ale za to z roadbookiem, szukając i błądząc (ale niewiele) dotarliśmy do Białowieży i rezerwatu żubrów. Zwierzątka nas miały nieco gdzieś, mały żubr defekowal ostentacyjnie,  a żubroń oddawał publicznie mocz dość długo. 
Następnie wielce głodni udaliśmy się do Sioło Budy. Jedzenie smaczne, tradycyjne, w małym skanseniku. Ceny, ech… Łupią jak na Krupówkach w Zakopcu, Abu lepiej. 
Malowniczy, sielski klimat troszkę nas rozleniwił. Ale wzięliśmy się w garść i dość szybkim tempem ruszyliśmy w kierunku zalewu Siemianówka, gdzie spotkaliśmy się z ekipą z Podlasia 4x4. Dalej nieco po większym błotku i wodzie pojeździlim, było dość ostro. Zmęczeni padliśmy w namiocie.
Następnego dnia z rana ruszyliśmy w dalszą drogę, jak zwykle coś tam pomyliliśmy i no cóż…  
Po prawej mieliśmy słupy graniczne polskie i białoruskie a po lewej drut kolczasty no i droga się skończyła, strachu się najedliśmy. Po błotku, po pasie granicznym dotarliśmy do wyrwy w zasiekach i nie zastanawiając się dłużej, na polska stronę my czmychnęli, i ogniem przez ściernisko i chaszcze do najbliższych zabudowań. Po opanowaniu nerwów i roadbooka pocisnęliśmy dalej, ale niedaleko, ponieważ złapaliśmy fleka na tyle. Próba samodzielnego zmienienia koła sczezła na nakładkach na śruby, nie mieliśmy odpowiedniej końcówki do klucza. Mój błąd nie sprawdziłem przed wyjazdem jakie tym razem mechanizator założył nakładki, a jedną założył większą i nie szło odkręcić koła. Na szczęście dotarliśmy do Gródka gdzie lokalny mechanizator wspomógł nas wiedzą, umiejętnościami i odpowiednim kluczem. Po zmianie kółeczka wyruszyliśmy do Kruszynian, gdzie zwiedziliśmy meczet i dowiedzieliśmy się co nieco o muzułmanach, a co w tym wszystkim najważniejsze, że najedliśmy się do syta w Tatarskiej Jurcie u Dżennety. Super żarło i tanie, no i tatarskie. Najedzeni turystycznie ruszyliśmy w dalszą drogę, zahaczyliśmy o pępek Europy w Suchowoli i na wieczór dotarliśmy do Białegostoku. Nazajutrz ancwaltem do Tykocina na małe zwiedzano, podglądaliśmy bociany w Pentowie i na sam koniec zobaczyliśmy Kiermusy.
W drodze powrotnej do domu kole Siewierza, jak już się ciemno robiło, znowu lampki odmówiły posłuszeństwa. Instalacja kabelkowa z Dęblina nie przetrzymała próby czasu i na awaryjnych światełkach doczołgaliśmy się do domu.   
Jeszcze raz dzięki dla Podlasia  4x4 za pomoc i organizację.
Świetny rajd.